środa, 2 lipca 2008

200 sklepów

siedzę w galerii bałtyckiej (trójmiejskie tarasy/arkadia) 
niby ten sam kraj, a całe miasto oraz ludzie tacy inni. i mao gieji.
piję piątą kawę i jem drugiego gerberka, dostałam magiczną kartę, a pani wstawia mi dwa razy  wiecej pieczątek, niż powinna.

dziś jest dużo nudnego tekstu, bo nie ma zdjęć. nie ma zdjęć, bo nie chce mi się nosić kabelków do aparatu. nadrobię. może. chociaż pewnie nie.

moja babcia szaleje przy remoncie mieszkania, w tej chwili etap wieszania obrazów. przywiozła ich ze sobą 43, teraz zastanawia się, które powiesić, jak powiesić, gdzie, i czy starczy jej zaczepów. a raczej ścian.
robi to od czterech godzin a na pytanie, czy przyjedzie po mnie za dwie
  No przecież ja się nie wyrobię!
generalnie chaos, wolałam schować się tutaj.
sklepy, kawa, toaleta, internet i ludzie. 
prawie jak w warszawsi.

jutro wiajpi-wernizaż. znów się nasłucham, znów poznam od nowa milion ludzi, którzy znają mnie, a ja nie mam pojęcia kim są. znów będę zwiedzać cudze domy i mieszkania. znów połowa osób będzie próbawała mnie upić. malutkie pogawędki o niczym. charakterystyka człowieka wg konta w banku, lokalizacji mieszkania, orientacji seksualnej, przebytych związków oraz aktualnych romansów.

dostałam nowe psychotropy, których lista działań ubocznych/niepożądanych jest długa jak nadniemeńska przyroda. 

chyba przeszedł mi trzytygodniowy etap papugi, kupiłam same czarne ubrania i czarny lakier.
ale boję się, że mogę zostać posądzona o plagiatyzm opaliński. [jezus, kowboj, rozważny i romantyczny, hipis, safariboj, ha-ha-banan i inne takie ideeratee]

drogi mój eM, jeśli zdarza ci się to czytać, to wybacz, ale wiesz, że cię nie lubię. i proszę, usuń mnie ze swojej listy dziewczyn do przeruchania. dziekuję.

Brak komentarzy: